Strona główna| Historia| Repertuar| Szekspiriada| Nagrody| Odeszli| Nasi aktorzy| Galeria| Kontakt
Historia „Sceny Bez Dystansu” według Pawła Szczęsnego

Na początku była HECA czyli doroczne obchody Święta Wiosny w XII LO. To przy okazji tej imprezy, w roku 1993 grupa uczniów postanowiła wystawić przedstawienie, którego tekst napisali sami. Próby przebiegały jednak opornie, bo wiadomo, że "gdzie kucharek sześć...". Wówczas to zwrócili się do mnie o pomoc, która początkowo miała się sprowadzać jedynie do pilnowania dyscypliny na próbach. Jednak po jakimś czasie zaczęli pytać mnie o zdanie i tak niepostrzeżenie stałem się współreżyserem pierwszego spektaklu szkolnej grupy teatralnej, zatytułowanego dumnie "Romeo i Julia", chociaż z dziełem Szekspira miało nie wiele wspólnego. Dekoracje i rekwizyty robiliśmy sami i do późna wieczór przygotowywaliśmy scenę. Trud się opłacił. Przedstawianie grane było 21 marca 1993 roku kilka razy gdyż wszyscy chętni nie zmieścili się na raz na widownię, teatru, którym stała się pracownia historyczna. I tak się zaczęła moja przygoda ze "Sceną Bez Dystansu".

Siedem lat później stałem mocno przerażony na deskach dużej sceny warszawskiego Teatru Ateneum i zapowiadałem kolejne przedstawienie "Sceny Bez Dystansu". Patrzyłem na pełną widownię, wśród której dostrzegałem twarze pierwszych aktorów i myślałem o tamtych dniach i o tym jak daleko zaszliśmy - od sceny w szkolnej pracowni historycznej po jeden z najważniejszych teatrów w Polsce.

Wygłosiłem wtedy przemówienie, które było właściwie krótką historią "Sceny Bez Dystansu":

"Marzenia są po to aby się spełniały. Stojąc tu na scenie jednego z najważniejszych polskich teatrów czuję to ponad wszelką wątpliwość. Od blisko 10 lat, odkąd złączyłem swe zawodowe losy z Liceum przy ul. Siennej, prawie nieustannie towarzyszyło mi to wrażenie - marzenia są po to aby się spełniały.

Przyznam się Państwu, że nie lubiłem swojej szkoły średniej, nawet chwilami bardziej niż nie lubiłem. Myślałem sobie w tamtych czasach, że jeśli kiedykolwiek, co nie daj Boże, los każe mi być nauczycielem, zrobię wszystko, żeby moi uczniowie swoją szkołę obdarzali o wiele cieplejszymi uczuciami. Moje spotkanie z panią Urszulą Domańską założycielką XII LO im. Sienkiewicza, utwierdziło mnie w przekonaniu, będę to robił właśnie w tej szkole. Otóż podczas naszej pierwszej rozmowy, mając przed sobą moje podanie z którego niedwuznacznie wynikało, że jestem wykwalifikowanym nauczycielem historii z 6 letnim stażem, zadała mi z pozoru bardzo dziwne pytanie: "Co by pan chciał robić w naszej szkole?". Gdy nieco ochłonąłem, pojąłem, że tu w tym liceum obowiązuje zasada, że nie samą dydaktyką nauczyciel żyje i... już więcej pracy nie szukałem. Zostałem tu na te wszystkie lata i mogę potwierdzić, że i obecnie ta zasada obowiązuje.

Niespełna rok potem, przyszła do mnie pewna rudowłosa dziewczyna, i nieśmiało zapytała, czy nie zechciałbym pomóc zebranej przez nią grupie zapaleńców w przygotowaniu przedstawienia na podstawie jej własnego scenariusza. Wtedy zrozumiałem, że może się spełnić moje kolejne jeszcze z czasów studenckich marzenie - robić teatr. Dziewczyna nazywała się Ania Jelinicka, a jej sztuka nosiła dumny tytuł "Romeo i Julia" i trwała 20 min. Ale te 20 min. zdecydowało o moim losie. Dziś robię przedstawienia o wiele dłuższe, trudniejsze może bardziej ambitne, ale staram się ze wszystkich sił przekazywać następnym pokoleniom aktorów, niezwykłą atmosferę, tamtych 20 min., atmosferę przyjaźni, zapału i radości z bycia ze sobą. Potem przyszły następne przedstawienia: "Noce"  - niezwykły spektakl do niezwykłych wierszy Sławka Haratyma. To właśnie w nim po raz pierwszy rozbłysła aktorska gwiazda Marcina Szczęsnego. Świeciła ona jeszcze mocniej w następnym przedstawieniu pt. "Kosmopolak"  Przedstawieniu, które dla nas było wtedy niczym lot w kosmos - owacje na stojąco, film o teatrze, występy w telewizji, główna nagroda na PUPIe 95. Ale przede wszystkim występ na deskach Teatru Ateneum. Obok Marcina, wystąpiła wówczas cała masa wspaniałych ludzi. Warto wspomnieć o Michale Otto, o Ani Gontkiewicz, Ani Andrukowicz, Łukaszu Twardowskim, Agnieszce Sopyle, Laurze Grzeszczak, Viktorii Radulović, Rafale Dobrzenieckim czy Marku Choińskim.

Kolejne przedstawienia, kolejne sukcesy i kolejni wspaniali ludzie, z którymi przyszło mi pracować: "Pierwszy krok chmurach" - błyskotliwy debiut Bartka Porszta i Basi Świstak, ale i niezapomniane role: Adama Klimkiewicza i Sebastiana Jarosza a także nagroda za reżyserię na przeglądzie Maska 95; dalej "Mały Książę" - cudowna kreacja Dominiki Żurek w tytułowej roli oraz nagroda publiczności na przeglądzie PUPA 96. W tym przedstawieniu debiutowali dwaj aktorzy w cudzysłowie: białe krzesełko, które do dziś zna każdy aktor i fan "Sceny Bez Dystansu" i o zgrozo sam reżyser, któremu ta nauczka powinna wystarczyć na długo; no niestety, dla widzów nie wystarczyła.

Następne przedstawienia stawały się coraz trudniejsze: "Kolumny na grobach pieśni"  z świetnymi rolami Bartka Porszta, Pawła Tarnawskiego i Radka Pakulskiego. Ale i debiutantów: uwaga! długowłosego Norberta Pawlikowski i już wkrótce super gwiazdy naszego teatru Piotrka Chlebusa.

Potem nadeszło "Poskromienie złośnicy"  co w praktyce oznaczało dla mnie jako reżysera poskramianie dwóch niezwykłych dziewczyn - po cichu rywalizujących ze sobą Marty Parnickiej i Moniki Lecińskiej. Ale także poskramiać trzeba było wybujałą pomysłowość Piotrka "Petruccia" Chlebusa i temperament Marcina "Grumia" Zdanowicza. W przedstawieniu tym mieliśmy do czynienia z niezwykłą kumulacją nieprzewidzianych okoliczności - trzaśnięcie się połowy zespołu w trakcie spektaklu w garderobie, zapomnienie o terminie przedstawienia przez jednego z aktorów czy złamanie nogi przez Kasie Zimnicką na 12 godzin przed występem - to tylko niektóre z owych okoliczności. Warto jednak było: główna nagroda reżysera sceny na PUPie 98 i nagroda Kuratora Oświaty dla "Sceny Bez Dystansu".

Od tego przedstawienia "Scena Bez Dystansu" i ja osobiście zakochaliśmy się w Szekspirze i w genialnych tłumaczeniach Stanisława Barańczaka. Między jedna a drugą komedią mistrza ze Stradfordu zrobiliśmy jeszcze mroczny spektakl mickiewiczowskich "Dziadów" .
I wreszcie uważane przez wielu za kultowe już "Wiele hałasu o nic" . Na przekór temu tytułowi hałasu owszem było wiele i wiele świetnych ról, ale nie o nic a o największe trofeum PUPY 2000 - główną nagrodę publiczności, a po drodze kilka innych.

Pierwsze nasze przedstawienie trwało 20 min. ostatnie trwa 120 min. Ktoś z naszych przyjaciół zauważył, że chyba następne będzie serialem, w wersji panoramicznej z napisami. No cóż obiecuję, że postaramy się sprostać tym oczekiwaniom.

Wiem jednak, że te wszystkie spektakle i sukcesy to zasługa wielu ludzi. Zarówno tych grających na scenie jaki tych, bez wsparcia których nic by się nie udał.

I tu chciałbym przede wszystkim podziękować mojej żonie i moim córkom, za anielską cierpliwość oraz stałą obecność zarówno fizyczną jak i chyba ważniejszą, duchową na moich przedstawieniach.

Dziękuję w swoim i wszystkich aktorów "Sceny Bez Dystansu" imieniu moim kolegom, nauczycielom XII LO za cierpliwe znoszenie ciągłych prób, na które niejednokrotnie masowo zwalniałem z lekcji moich podopiecznych. Dziękując za już obawiam się, że muszę prosić o jeszcze.

Dyrekcji naszego Liceum, dziękuję za nieustające wsparcie i mądre rady.

Dziękuję wreszcie wszystkim przyjaciołom, sympatykom i widzom teatru za waszą pełna życzliwości obecność na naszych przedstawieniach. Naprawdę wspaniale mieć taką publiczność!

I wreszcie chciałbym powiedzieć o tym ostatnim marzeniu, marzeniu, które realizuje się na Państwa oczach - wystawić spektakl w takim teatrze jak ten. Realizacja tego marzenie była możliwa również dzięki pomocy wielu ludzi. Przede wszystkim pana dyrektora Libery, który tak sam jak w 1994 r. przy realizacji "Kosmopolaka" jak i teraz okazał się wielkim przyjacielem naszego teatru, znakomicie rozumiejącym młodzież.

Chciałbym również podziękować tym wszystkim pracownikom Teatru Ateneum, którzy podczas przygotowań dzisiejszego spektaklu stworzyli naszym aktorom iście domową atmosferę.

To co za chwilę zobaczycie jest naszą 10 premierą i jednocześnie pierwszym przedstawieniem, które zrobiliśmy na zamówienie. Rychło okazało się jednak, że dzięki tej "robocie zleconej" wydarzyło się tak wiele wspaniałych rzeczy. Począwszy od przyjścia do teatru grupy niezwykle utalentowanych ludzi, poprzez nasze wspólne odkrywanie na nowo walorów twórczości autora Trylogii aż po dzisiejszy wieczór na deskach Ateneum. Gdy zastanawiałem się co zaprezentować państwu na to jubileuszowe spotkanie myślałem o wznowieniu jakiegoś, szczególnie lubianego przedstawienia "Sceny Bez Dystansu". Ale po przeczytaniu raz jeszcze scenariusza "Pana Zagłoby"  zauważyłem, że spektakl ten zawiera w sobie elementy wielu poprzednich. Ci z was, którzy wierne towarzyszą nam w naszych potyczkach z Melpomeną dostrzegą zapewne liryczne klimaty rodem z "Pierwszego kroku w chmurach" i "Romea i Julii", zmaganie się z historią i narodowymi przywarami zaczerpnięte z "Kosmopolaka", czy wreszcie silne akcenty komiczne znane z "Poskromienia złośnicy" i "Wiele hałasu o nic" Zresztą ktoś kiedyś powiedział, że jak patrzy się na nasze przedstawienia to wygląda, tak jakbyśmy grali jedno i to samo przedstawienie. No cóż, nie wiem czy to dobrze czy źle, ale chyba coś w tym jest. Wiem jednak jedno, że to co łączy wszystkie nasze spektakle, to zapał, talent i niezwykła wrażliwość kolejnych pokoleń aktorów "Sceny Bez Dystansu". I w tym tkwi chyba jego niezwykła siła.

Od tego dnia minęło kolejnych 10 lat. SBD ma za sobą kolejne premiery i kolejne sukcesy. Przez nasze, szkolne deski przewinęli się kolejni aktorzy. Jedni przemknęli jak meteory inni zostali na dłużej a niektórzy na zawsze. Bo na zawsze w w pamięci mojej i wszystkich związanych ze "Sceną Bez Dystansu" pozostaną tragicznie zmarli (bo każda śmierć w ich wieku jest tragiczna) Laura Grzeszczak, Tomek Wątorek i Andrzej Mazur. W 2004 roku dołączył do nich, Tam na Niebieskiej Scenie - Jacek Kaczmarski. Możemy być dumni, że ten wielki poeta i niezwykły człowiek był w jakimś sensie akuszerem naszego teatru. I to właśnie jemu jest poświęcony ostatni projekt SBD z 2009 r.- Portret płonący - pierwszy muzyczny spektakl w naszej historii.

Fenomen "Scena Bez Dystansu" doczekał się już swoich opracowań. Jedna z naszych byłych aktorek i absolwentka XII LO Marta Szczepaniak poświęciła SBD swoją pracę licencjacką pt. "Szkolny teatr amatorski - na przykładzie warszawskiego teatru Scena Bez Dystansu" (Warszawa 2009). Jest już prawie gotowa książka "...bez dystansu" będąca zapisem rozmów z byłymi aktorami naszego teatru. Jak na klasyków przystało przygotowujemy również wydanie wszystkich najlepszych premier SBD na DVD.

Wtedy, w 2000 r. stałem na miękkich nogach na Dużej Scenie Teatru Ateneum i zapraszałem widzów na spektakl Pan Zagłoba. Dziś zapraszam wszystkich do oglądania naszej strony tymi samymi słowami:

Przed Państwem najmłodsze pokolenie tej mogę chyba już tak powiedzieć szacownej sceny, Sceny Bez Dystansu. Zapraszamy!